PATRONAT HONOROWY NAD ZBÓJNICKIM SZLAKIEM

 
PATRONI MEDIALNI NAD PROJEKTEM ZBÓJNICKI SZLAK
Wydawnictwa i Magazyny Turystyczne:










Uczelnie Wyższe: Turystyczne
portale internetowe:

Miasta:
Media:





Regionalne organizacje:
 














Powiaty:
Instytuty turystyki: Izby turystyki:
Euroregiony:
Narodowe Organizacje Turystyczne:
Regionalne Organizacje Turystyczne:

FIRMY



WSPÓŁPRACA
NA ZBÓJNICKIM SZLAKU BEZPIECZEŃSTWO ZAPEWNIAJĄ



OGLĄDAJ NAS W
PISZĄ O NAS










ZIEMIA BESKIDZKA MA SWOICH RYCERZY ROZBÓJNIKÓW

Raubitterskie warownie oraz słynni raubritterzy w dawnej ziemi oświęcimsko – zatorskiej

Jednym z polskich raubritterów był Dzierżek Rytwiański, który to zmusił książąt oświęcimskich, by zgodzili się na częściowy rozbiór księstwa oświęcimskiego.

Ów Dzierżko wojewodzic łęczycki, syn bratanka arcybiskupa gnieźnieńskiego Wojciecha Jastrzębca, rozpoczął karierę życiową od skradzenia temuż arcybiskupowi pieniędzy, tudzież ukrytych w specjalnym przechowku w kaplicy w Orzelcu naczyń i klejnotów ze srebra, wartości do 40 tysięcy grzywien. Arcybiskup dowiedziawszy się o tej kradzieży, udał się do Rytwian, do zamku, który sam zbudował, ale tutaj familjanci przyjęli go strzałami. Dzierżko otoczony gronem „złotej młodzieży", różnych, jak pisze Długosz „chłystków i bankietników", prowadził życie marnotrawne, a zrabowany majątek obracał na hulanki i kosztowne prezenty dla córki księcia mazowieckiego Bolesława, Ofki, w której się zakochał. Gdy majątek przehulał, pogodził się z arcybiskupem. Z olbrzymiej fortuny skradzionej wrócił mu tylko siodła, strzemiona i wędzidła srebrem ozdobione, „skarb zaś cały, — jak pisze Długosz — z dóbr kościelnych i majątku Chrystusowego zebrany, który powinien był raczej na wsparcie biednych i na pobożne przeznaczonym być uczynki, marnie roztrwonił, i trzech braci rodzonych, dla których równie jak i dla niego był zachowany, pokrzywdził. Wyzuł ich nadto z wielu wsi i posiadłości, które był dla nich rzeczony Wojciech Jastrzębiec arcybiskup z majątku kościelnego poskupował". Niebawem po śmierci arcybiskupa Dzierżko znów doszedł do fortuny. Przekupiwszy dworzan, pozabierał pozostałe po arcybiskupie wszystkie sprzęty, pieniądze, klejnoty, szaty, a nadto wpadł do zamku w Borysławicach i skradł skarby, które arcybiskup przeznaczył dla synów drugiego swego bratanka Ścibora. Majątku tego użył na zorganizowanie bandy „raubritterów" z zamiarem opanowania zamków na Śląsku i Węgrzech. Król Władysław nakazał mu wprawdzie bandę rozwiązać, ale do tego nie doszło, gdyż Dzierżko uspokoił króla, „że nic takiego nie zamierza, coby królestwu krzywdą lub szkodą jaką zagrażało", i poszedł na Węgry. Stamtąd go jednak wypędzono. We wtorek zapustny 1438 r. przybył nocą pod Zator, miasto napadł, mieszkańców z domów wyrzucił, majątki im zagrabił, a potem nawet całe księstwo oświęcimskie sterroryzował i zmusił do uległości, tak że nawet padł postrach i na śląskie. Banda ta urządziła z Zatora wyprawę na Toszek, a wracając stamtąd, stanęła noclegiem w Wojkowicach siewierskich, gdzie spiła się. Skorzystali z tego Ślązacy i na śpiących napadli, a ci — jak pisze Długosz — „obżarci i opili zaledwo zdołali ratować się ucieczką, drudzy jak bydlęta wystawieni byli na rzeź, albo w łyka zabrani”, nadto odebrana im została zdobycz.  Dzierżko oddał Zator pod zwierzchność króla polskiego, który musiał wypłacił Dzierżkowi 1000 grzywien. W późniejszym czasie król zwrócił Zator księciu oświęcimskiemu, a w zamian za to wziął od niego raubritterski zamek na Barwałdzie. Następnie zamek w Barwałdzie zakupił Mikołaj Serafin – Włoch – żupnik wielicki, człowiek bardzo zamożny, który na dodatek trudnił się biciem nielegalnej monety. Książęta oświęcimscy zostali zmuszeni do oddania zamku w Barwałdzie, co było aktem rewolucyjnym, ponieważ bez zgody swojego zwierzchnika króla czeskiego odstąpili obcemu poddanemu zamek książęcy i część ziemi oświęcimskiej. Mikołaj Serafin oddał w zastaw Mszczugojowi Skrzyńskiemu zamek barwałdzki.

Zamek znajdował się na południowo – wschodniej granicy księstwa zatorskiego na stromym wzgórzu, od wschodu opartym o górę Żar, znajdował się zamek, zwany zamkiem barwałdzkim.

Nazwa Barwałdu, zwanego także Berwałdem, wyprowadzana jest z nazwy niemieckiej „Barwald” czy „Bergwald”. Możliwe, że nazwa wywodzi się też, od wyrażenia „Var”, co w języku starosłowiańskim oznaczało twierdzę graniczną.  Bervoldus (czyli spolszczone Berwałd), było to imię spotykane wśród rycerstwa polskiego w wiekach średnich.

Rzadko który zamek na ziemiach polskich posiada tak romantyczną przeszłość, jak zamek barwałdzki. Śladów jego dziś jeszcze doszukać się można na wzgórzu Żar, u którego stóp wznosi się kościół i klasztor w Kalwarii Zebrzydowskiej, Minąwszy klasztor, w pół godziny docieramy do ruin zamczyska. Dość głęboki rów obiega dokoła miejsce warowni, a tu i ówdzie wystające spod zwałów ziemi resztki kamiennych murów świadczą o dawnym przeznaczeniu tego miejsca. Dziś miejsce to, całe porosłe krzakami i młodym laskiem, tonie w ciszy i zieleni. Gdy przed wiekiem zwiedzał to wzgórze archeolog krakowski Józef Łepkowski, stwierdził, że "lud widzi w tym miejscu siedlisko złych duchów, a niejeden z strzelców opowiada o cieniu Włodkowej unoszącym się o północy nad gruzami".

Zamek najprawdopodobniej zbudował książę Jan Scholastyk po traktacie trenczyńskim, między 1335 a 1360 rokiem. Również Kazimierz Wielki budował między rokiem 1336 – 1366 zamek w pobliżu Barwałdu na Lanckoronie.  Miejsce wybrane pod budowę zamku wykazuje dużo podobieństwa, do miejsca wybranego pod budowę zamku na nieodległym Wołku. Jest to bowiem stożkowate wzgórze, u podnóża Góry Żar na którym pobudowane jest obecnie sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej. Wzgórze to  panuje nad rozległą doliną Skawy, Skawinki i Wisły, skąd rozpościera się też widok na Kraków. 

Niemal u stóp barwałdzkiego zamku, biegła w tych czasach (od Suchej w kierunku Skawiny i dalej ku Wiśle) granica Księstwa Oświęcimskiego, będąca zarazem granicą polityczną Czech i Polski, jako że księstwa śląskie od r. 1339 weszły w skład Korony Czeskiej. Podobną rolę pełnił od strony Polski zamek wzniesiony przez Kazimierza Wielkiego na sąsiednim wzgórzu lanckorońskim. Obydwa zamki sąsiadowały ze sobą, póki burze dziejowe i czas nie obróciły ich w gruzy.

Ślady fundamentu porosłe dziś krzakami, wskazują, że budowa miała około 60 metrów długości i 20 metrów szerokości, a więc mniej więcej odpowiadała wymiarom zamku na Wołku. Zamek opasany był wałami i rowami, których ślady do dziś istnieją. Fundamenty były zbudowane z kamienia łamanego. Według Długosza zamek barwałdzki ubezpieczony był murem wyniosłym. Zamek stał się głośnym w połowie XV wieku, gdy dzierżyli go Mszczugij Włodek i Katarzyna Skrzyńska herbu Łabędź. Do nich też należał zamek na Wołku i na Grojcu obok Żywca.

W połowie XV wieku Barwałdczyzna i Żywiecczyzna znajdowały się w posiadaniu Skrzyńskich. Kiedy ten ród Łabędziów, pochodzący ze Skrzynna, nabył posiadanie tych części księstwa oświęcimskiego, nic pewnego nie wiadomo. Prawdopodobnie oba te klucze nabyli Skrzyńscy jako dziedziczne lenno od księcia Przemysława. Stać się to mogło najwcześniej w r. 1434, gdyż już wtedy książę Przemysław był panem ziemi oświęcimskiej i toszczeńskiej. Skrzyńscy podzielili się tymi dobrami w ten sposób, że Bożywoj Skrzyński objął klucz żywiecki, a Mszczugij Skrzyński (Mszczugius de Szkrinno), jakiś bliski krewny Bożywoja, osiadł na zamku barwałdzkim. Lenno żywieckie Bożywoja Skrzyńskiego, obejmujące klucz żywiecki, rozprzestrzeniło swoje zasięgi poza granicą ziemi żywieckiej i poza „wielką puszczę” sięgającą od Mogilan po Węgry. Jako symbol swej władzy Bożywoj Skrzyński wybudował na Turzej Górze w swych dobrach pod Dobczycami zamek obronny.

Bożywoj i Włodek Skrzyńscy herbu Łabędź z początkiem XV wieku wybudowali również inny raubitterski zamek na Grojcu  w Kotlinie Żywieckiej, blisko Żywca. Zamek ten należał do najstarszych zamków ziemi oświęcimskiej. Zamek umiejscowiony był między rzekami Sołą i Koszarawą.

Skrzyńscy dosyć wcześnie osadzili się też na Węgrzech, gdyż już w r. 1434 pertraktuje z Taborytami Włodek Skrzyński, poręczając złożenie okupu przez miasto Kieżmark. Skrzyńscy mieli też w posiadaniu zamki w Bytczy i w Letawie. Osadziwszy się w oświęcimskim Skrzyńscy zachowali też posiadanie majątków w Polsce. W szczególności Mszczugij Skrzyński.

Bożywoj Skrzyński był w posiadaniu dóbr w okolicach Dobczyc, gdyż na Turzej Górze zbudował zamek.

Skrzyńscy byli wtedy obywatelami polskimi z tytułu posiadania wspomnianych majątków, z tytułu zaś posiadania zamków w Bytczy i Letawie byli lennikami króla węgierskiego, wreszcie z tytułu posiadania Żywca i Barwałdu byli lennikami  księcia oświęcimskiego. Faktycznie jednak byli to możni magnaci, których pozycja polityczna była znaczniejsza, aniżeli księcia oświęcimskiego. Można by powiedzieć, że rządzili swoimi włościami jak małymi, niezależnymi państewkami. Skrzyńscy nie uznawali zwierzchnictwa króla polskiego i polskich praw jako śląscy wasale, a sądami krakowskimi posługiwali się tylko wtedy, gdy to było dla nich korzystne. Ten stosunek, w  zależności od przerzucania się politycznego Skrzyńskich, mógł być dla jednych wygodny, dla innych niewygodny, to też jedni mieli dla nich uznanie, inni natomiast traktowali ich jak zbójów czy pospolitych rabusiów. Przypominali oni typy średniowiecznych niemieckich rycerzy, awanturników politycznych, zwanych „raubritterami”. Dyskwalifikacje te i obelgi rzucano na nich głównie z Polski, gdyż zawładnąwszy prawie czwartą częścią księstwa oświęcimskiego i wykonując na terenach sobie podległych władzę, w szczególności nakładając na przejeżdżających z Polski i do Polski przez ich tereny obywateli zagranicznych, różne opłaty, cła, egzekwując je przy zastosowaniu rewizji, aresztowań i konfiskat, podważali bezpieczeństwo obrotu handlowego z Polską. Rozboje i najazdy weszły w powszechny zwyczaj i zwyczajowo to rycerskie rzemiosło uprawiali tak polscy jak i śląscy raubritterzy. W gruncie rzeczy nie ma podstaw do traktowania Skrzyńskich jako pospolitych zbójów czy rabusiów, gdyż jako dzierżyciele zamków robili to, co zwyczajowo robili podobni im wasale a nawet suwereni we wszystkich państwach i państewkach średniowiecznej Europy.

Mszczugij Skrzyński między rokiem 1444 a 1447 wszystkie swoje prawa do dóbr barwałdzkich i zamku barwałdzkiego przeniósł na swojego krewnego Włodka Skrzyńskiego. Od roku 1447 Włodek Skrzyński już rezydował na zamku barwałdzkim. W roku 1448 Włodek przed aktami ziemskimi zeznał, iż zapisał na dobrach marwałdzkich 3.000 złotych posagu dla swojej żony Katarzyny Skrzyńskiej zwanej Włodkową.

Włodek Skrzyński był uważany za typowy przykład polskiego raubrittera, który z wyżyn swego zamku spadał na karawany kupieckie, łupił przejezdnych, sąsiednie wioski i miasta, gnębił i rabował. Barwałd smutną w tych czasach cieszył się sławą. Długosz pisze, że powszechnie żądano od króla, by Włodka i żonę jego dopuszczających się wydzierstw i rozbojów" z Barwałdu usunął i poskromił. Ale król dziwnie jakoś się nie kwapił i Włodka z zamku nie usunął. Skrzyński nie był wyjątkiem. Takich jak on rycerzy-rozbójników w tych stronach Polski grasowało w owych czasach sporo.

Długosz wspomina, że Włodek Skrzyński i żona jego dopuszczali się rozboju nie chcąc podporządkować się władzy królewskiej. Skrzyńskich zestawił Długosz ze zbójnikiem – raubritterem Janem von Jeltsch, potocznie zwanym śląskim zbójnikiem Jelczem. Raubritter Jelcz dopuszczał się on rozbojów i rabunków, aż wreszcie zbrojna wyprawa mieszczan wrocławskich położyła kres jego zbójeckim praktykom. Zamek Wołczyn zburzony został w roku 1463, a podobieństwo nazwy Wołczyna do nazwy zamku kobiernickiego Wołek, stało się źródłem legendy o pobycie zbójnika – raubittiera Jelcza na Wołku.

Nie mniej od Włodka Skrzyńskiego ciekawa jest osoba jego żony, Katarzyny, zwanej powszechnie Włodkową. Włodkowa była obywatelką węgierską i posiadaczką zamku Letawa na Orawie. Postać to nieprzeciętna. W świetle współczesnych źródeł przedstawia się nam ona jako kobieta niezwykle odważna, obdarzona niespotykaną u kobiet siłą fizyczną (nie było podobno łuku i kuszy, których by tylko rękoma, bez przyrządu, nie naciągnęła), rozmiłowana w rzemiośle rycerskim i doskonale władająca bronią.

Opowiada o niej, Długosz, że bawiąc w Oświęcimiu, gdy dowiedziała się od starosty Synowca, że nieduża grupka opryszków należących do związku „rycerzy brackich” pod dowództwem Kawki i Żaka – Świeborowskiego, która cudem uciekła z więzienia w dolnej wieży zamku oświęcimskiego i sterroryzowała zamek żądając haniebnego okupu 200 złp. , uderzyła ze swymi ludźmi na wypuszczonych 8 rabusiów, wybiła ich w pień i uszła z łupem na Barwałd.

Ważnym gniazdem raubitterskim była Żebracza. Wspomina o niej Jan Długosz w „Dziejach Polski”. Warownię w Żebraczy obok Bestwiny w powiecie bialskim urządzili wyżej wspomniani zawodowi najemni śląscy rycerze raubritterzy pod dowództwem Kawki i Żaka Świeborowskiego. Żebracza była punktem oparcia do wypraw rabunkowych, usprawiedliwianych niewypłacaniem im żołdu za udział w wojnie polsko – pruskiej. Ten system egzekwowania zaległego żołdu okazał się na tyle skuteczny, że Polska zapłaciła wymuszony rozbojami zaległy żołd w wysokości 35.000 złp. Dopiero wówczas Kawka i Świeborowski wydali w roku 1458 królowi zamek Żebraczę, który go zburzyć kazał.

Związek „rycerzy brackich” był związkiem wierzycieli, którym Polska nie wypłaciła żołdu za udział w wojnie pruskiej. Do tych wierzycieli należał też, książę Janusz. Pod pozorem egzekucji zaległego żołdu „Bracia” urządzali najazdy na ziemię krakowską i oświęcimską. Punktami wypadowymi tych zawodowych żołdaków była warownia w Żebraczy obok Bestwiny i na Wapiennej Górze przy Dobczycach.

Prawdopodobnie w owym czasie Włodkowa była w całkiem niezłych relacjach z ówczesnym królem Polski. Dowodem na to mógł być fakt, że w r. 1456 „Wlodkowa de Skrzin" zwolniona została przez króla Kazimierza Jagiellończyka od stacji wojskowych i wyprawy wojennej „ex certis respectibus”. „Zbój" czy „zbójniczka" uzyskiwała zatem łatwo przebaczenie jeśli zbójecki oręż obrócony został ku potrzebie i pożytkowi tych, którzy zbójników potrafili sobie zjednać na przyjaciół i pomocników. Prawdopodobnie Włodek Skrzyński już wówczas nie żył, skoro decyzje królewskie wydane były na adres jego żony. W tym czasie musiały być też uregulowane stosunki Skrzyńskich z Serafinem.

Jedna z kronik śląskich mówi o niej, że stojąc na czele bandy, łupiła po drogach kupców, zajeżdżała zamki i wsie, żądna łupów i złota. Jej pojawienie się w okolicy budziło zgrozę, a okrzyk die Wlokyne kompt!" - "Włodkowa idzie" " był ostrzeżeniem o zbliżaniu się tej okrutnej kobiety.

Koniec burzliwego żywota naszej bohaterki jest właściwie nieznany. Według kroniki śląskiej, Włodkowa miała zginąć na stosie w Krakowie za bicie na swym zamku fałszywej monety. Istotnie tę tak surową karę stosowano w tych czasach do fałszerzy monety. Taką właśnie śmiercią zginął z rozkazu króla Ludwika dzierżawca słynnej Skałki Szaflarskiej pod Nowym Targiem, również fałszerz pieniędzy, ujęty przez Sędziwoja z Szubina i spalony na stosie. Wątpliwą rzeczą jest tylko, czy Włodkowa jako szlachcianka mogła podlegać tego rodzaju karze, przewidzianej przez miejskie prawo magdeburskie. Łepkowski, opierając się na tradycji ludowej, zapisanej w kronice klasztornej, tak przedstawia tragiczny finał kariery pani na Barwałdzie. "Po śmierci Władysława Skrzyńskiego nie ustały rozboje; żona jego Włodkowa Katarzyna, gdyby orlica upatrywała z baszt barwałdzkich zdobyczy, wypuszczając na łup zgraje sług swoich najemnych.

Opowieść ludowa mówi, że starosta zamku lanckorońskiego otrzymał rozkaz schwytania Włodkowej i oddania w ręce sądu za liczne rozboje. Włodkowa dowiedziawszy się o tym, jako przebiegła niewiasta zaplanowała zgładzenie starosty. Zaprosiła więc lanckorońskiego prefekta na ucztę w barwałdzkie podziemia zamkowe w których jej pomocnicy i służalcy zwykle oczekiwali zdobyczy, i tam z pochlebnym na ustach słówkiem i miłym w oczach uśmiechem powitała zaproszonego gościa. Prefekt przybył sam, a słudzy jego i zbrojni towarzysze ukryci w krzakach otoczyli zamczysko. Gdy już długo trwała uczta, a ani pochlebne słowa Włodkowej, ani dolewany ciągle napój nie zdołały odurzyć przytomności umysłu prefekta, upatrzyła Włodkowa porę i nie zwłócząc dłużej, uderzyła sztyletem w pierś swojej ofiary. Sztylet ześlizgnął się po pancerzu, a wówczas na znak dany przez starostę, napadli na zamczysko zbrojni jego słudzy, ukryci w pobliżu zamku. Włodkową uwięziono i odstawiono do Krakowa, gdzie po wyroku została na rynku spalona.

Nie wiadomo dokładnie jak zginęła Włodkowa. „Roczniki głogowskie” mówią, że Włodkowa trudniła się sporządzaniem fałszywej monety, na czym przyłapano i jako fałszerkę spalono i „tak upadło jej panowanie i władza”.

Jednak ta wersja nie wydaje się być prawdopodobną, ze względu an to, iż wprawdzie fałszerzom monety groziła śmierć, ale na pewno nie przez spalenie. Ten rodzaj śmierci zarezerwowany był dla podpalaczy, czarownic i heretyków. Jeśli Włodkową rzeczywiście spalono na krakowskim rynku to mogło by to wskazywać na to, iż Włodkowa przewiniła coś w sferze religii.

Możliwe, że Włodkową spalono, za to, iż sprzyjała husytom. Przecież Żywic będący w rękach Skrzyńskich posiadał kościół św. Krzyża, który zresztą do dzisiaj istnieje, który miał husyckie korzenie. Dopiero w roku 1473 Piotr Komorowski wypędził z Żywca husytów.

Włodkową prawdopodobnie oskarżono o kacerstwo husyckie – co wówczas na wielką skalę uprawiano w Polsce – i zgodnie z ówczesnym prawem spalono ją na stosie, a między lud, sprzyjający naukom husyckim puszczano wieść, że spalono ją jako „zbójniczkę”, czy „fałszerkę waluty”.

Wykorzystując zdarzenia polityczne, wypływające z walk o Barwałdczyznę i Żywiecczyznę, wpływowi ludzie owych czasów mogli spokojnie upiec ją na stosie nie tylko jako heretyczkę, lecz także jako niebezpieczną polityczną buntowniczkę, krzyżując w ten sposób pociągnięcia polityczne polskich polityków w sprawie rewindykacji ziem śląskich. 

Włodek i Katarzyna Skrzyńscy trwali w nim uporczywie mimo wielu wstrętów i trudności czynionych im ze strony Kazimierza Jagiellończyka i polskiego raubrittera Szafrańca, aż do roku 1465, w tym dopiero roku synowie Włodka i Katarzyny Skrzyńskich, Jan i Włodek ustąpili z zamku po otrzymaniu sum, na zamku tym ubezpieczonych.

W roku 1452 podkomorzy krakowski wplątał króla Polski w wojnę z Włodkiem Skrzyńskim. Piotr Szafraniec, szczycił się niechlubną przeszłością. Był on starostą siewierskim i w tych czasach dał się poznać jako raubritter, złupił bowiem Ujazd należący do biskupa we Wrocławiu. Rabunków dopuszczał się Szafraniec i na terenie polski, pustosząc wsi, biorąc w niewolę ludzi i zabierając kupcom krakowskim wozy z towarami. Takiego rozbójnika obdarzono urzędem krakowskiego podkomorzego. Mając takie uznanie napadł on w roku 1449 ze swoją bandą szlachecką pod Seceminem na karawanę kupców krakowskich, a między nimi na Mikołaja Wierzynka. Była to jedna z grubszych operacji Szafrańca, przy której obłowił się na 5.000 czerwonych złotych. Namówił on też księcia toszczańskiego Przemysława do napadu na Siewierz, a to dla wywarcia zemsty na biskupie krakowskim, swoim dawnym dobrodzieju. Rozboje te i napady wywołały takie przerażenie, że domagano się w całym państwie sądów rugowanych celem publicznego oskarżenia winnych. Szafraniec nieposkromiony, napadł w 1452 roku na Włodka Skrzyńskiego w Barwałdzie a przy tej okazji wpadł on do księstwa oświęcimskiego i wymusił na książętach okup 2.000 czerwonych złotych. Podrażnieni książęta zerwali niedawno zawarty pokój, wypowiedzieli wojnę Polsce i najeżdżali okolice Krakowa, łupiąc je i obdzierając. Szafraniec zaś, zamiast jako podkomorzy bronić ziemi krakowskiej, grasował na Śląsku, gdzie opanował warownię Malec pod Kętami i zamek w Będzinie i łupił ziemie śląskie, aż wreszcie przy pomocy Mikołaja księcia raciborskiego i Mikołaja Słopa marszałka cieszyńskiego złagodzono go dodaniem do poprzednio przyrzeczonych 2.000 czerwonych złotych – jeszcze 800 czerwonych złotych, poczem dopiero ustąpił on z Malca.

Panowanie Skrzyńskiego nie trwało jednak długo. Zlikwidowane ono zostało po wyprawie wojskowej krakowskiego podkomorzego Mikołaja Pieniążka, popartej posiłkami, dostarczonej przez Piotra Komorowskiego, również magnata węgierskiego.  Zamek na Turzej Górze został przez nich zdobyty, a stąd kierowała się wyprawa pod Grójec żywiecki. Oblężenie Grójca trwało miesiąc. Komorowski straciwszy tu 5 zabitych i 50 rannych, zamek zdobył. W ten sposób Żywiecczyzna została orężem zdobyta i dostała się pod zwierzchnictwo polskie.

Tak wspominał o zamku na Grójcu żywiecki kronikarz wójt Andrzej Komoniecki:

 â€žWielkie w tym podobieństwo, że tu zameczek musiał być, gdzie J. X. Proboszczów żywieckich na czele samym jest górka tego Grójca, bo tam są wały, rowy i znać jeszcze i piwnice, do tego znajdowano tam strzały staroświeckie prosto od kowala kute i kule żelazne, co to musiało to być, że się tym rozbójnicy bronili". Po wypędzeniu z Żywiecczyzny Skrzyńskich, zamek objęli Komorowscy a stracili go w r. 1477, po ekspedycji wojskowej wojewody Dębińskiego, w czasie której zamek ten został spalony.

Pokonany przez Komorowskiego Skrzyński, nie dał jednak za wygraną, lecz związał się z synem barwałdzkiej Włodkowej, Włodkiem Waltburte. Wespół organizowali oni około półtora tysiąca najemnego żołdactwa na Węgrzech a wyprowadziwszy je, Bożywoj z swojego zamku Bytczy a Włodek z Letawy, ufortyfikowali się na „Groniu Bukowskim” po prawym brzegu Soły na wschód od Porąbki. Stąd pustoszyli oni ziemię oświęcimską. Chcieli też odzyskać zamek na Wołku. Nie udało im się to jednak. Komorowscy zmusili Skrzyńskich do kapitulacji. Na Bukowskim Groniu fortyfikacje musiały być bardzo prymitywne, gdyż nie ma po nich żadnego śladu.

W 1474 zamek jest w rękach znacznego w owych czasach rodu Komorowskich.
I można by sądzić, że teraz czas zatrze ponure dzieje barwałdzkiego zamku i lepsza,
a przede wszystkim spokojniejsza, czeka go przyszłość. Niestety, stało się zgoła inaczej.
Kiedy mianowicie Mikołaj Komorowski wszedł w konszachty z królem węgierskim Maciejem zachodziła obawa, że zamek na Żarku może się dostać
w ręce węgierskie, wówczas z rozkazu króla Kazimierza Jagiellończyka Dembiński, wojewoda sandomierski, siłą zajmuje tę warownię i burzy ją do szczętu. Stało się to w 1477 roku. I odtąd długo na szczycie Żaru sterczały zwaliska barwałdzkiego zamczyska, a głucha cisza zaległa w ruinach.
Nieubłagany ząb czasu wytrwale i bezlitośnie kruszył resztki murów i baszt, aż zamek zniknął z oczu ludzkich niemal całkowicie. Nie, zaginęła przecież pamięć o groźnej niegdyś pani na Barwałdzie, a imię jej na zawsze przylgnęło do tego miejsca, które ludzie okoliczni do dziś dnia zwą krótko "Włodkową".

Zwaliska zamku zniszczył Mikołaj Zebrzydowski, przywłaszczywszy sobie bezprawnie tereny zamkowe. Z ruin zamkowych zbudował on kaplicę Marii Magdaleny, która równocześnie była pustelnią ufortyfikowaną (fortalitium), w której sam żył i pokutował. Nie tylko kaplicę Marii Magdaleny, ale także i klasztor bernardyński i kilka innych kaplic wybudował Mikołaj Zebrzydowski na terenie przywłaszczonej królewszczyzny barwałdzkiej, tj. na szczytach i stokach góry Żarek i Żar.

Stugębna fama już wówczas rozgłaszała po Śląsku nieprawdopodobne wieści o Włodkowej, tej niezwykłej kobiecie. Utrwalone one zostały później w „Annales Glogoviensrs” w łacińskiej zapisce z r. 1493 p. t. „Historia de quadam muliere". Według tej zapiski około r. 1458 pewna niewiasta zwana „Wlokyna" tak się prowadziła krzepko po męsku, że męża swego ustanowiła w swym zamku jakby stróżem, sama zaś dobrawszy sobie klientów, łupiła innych wojowników, jeździła konno w zbroi pod bronią jak każdy mężczyzna, nie oszczędzała też żadnego przeciwnika, łupiąc ich zamki i wsie. Jeździła konno jak mężczyzna do miast tu i tam, wielu też wyzuwała z zamków i posiadłości i stawiała im opór ze swymi klientami. Łupiła po drodze kupców i innych ludzi, tak, że wszędzie się jej lękano krzycząc: „die Wlokyne kompt”. Opowiadano o niej, że nie było łuku ani kuszy, której by sama bez przyrządu, samymi tylko rękoma nie naciągnęła, czego żaden mężczyzna nie potrafił dokonać, ona to zaś praktykowała przez wiele lat. Wiele w tych opowieściach jest przesady, zwłaszcza gdy mowa o zamkach i miastach, łupionych przez ową Włodkową. W opowieściach kalwaryjskich dziadów odpustowych Włodkowa jawiła się jako potwór pławiący się w krwi mordowanych w lochach zamku barwałdzkiego. Wszystkie te fantastyczne opowieści z rzeczywistością nie miały nic wspólnego.  

Klasztorowi krwawa opowieść o Włodkowej była na rękę, odwracała ona bowiem uwagę od nieuczciwych operacji założyciela klasztoru kalwaryjskiego Mikołaja Zebrzydowskiego, jakich dokonywał na królewszczyźnie barwałdzkiej, właśnie na terenie zamczyska, w którym ongiś Włodkowa rezydowała.

Mikołaj Zebrzydowski bezkarnie przywłaszczył sobie ruiny zamku i sąsiadujące z nim wzgórza w XVI wieku. Zaplanował on zbudowanie ścieżek kalwaryjskich na stokach góry Żar i Żarek, co wywołało prywatną wojnę pomiędzy starostą barwałdzkim Janem Spytkiem Komorowskim a Mikołajem Zebrzydowskim. W roku 1616 Zebrzydowski  zagarnął ruiny zamku barwałdzkiego, zniszczył jego resztki, a ze skradzionych materiałów zbudował pustelnię Marii Magdaleny.  Kronikarz żywiecki Andrzej Komoniecki wspomina, że Mikołaj Komorowski starosta barwałdzki urządził nawet wyprawę wojskową, celem zburzenia kaplic pobudowanych przez Zebrzydowskiego.  Przyczyną tego zaognienia stosunków była bezceremonialność Zebrzydowskiego, który na przywłaszczonych terenach i ze skradzionych materiałów czynił pobożne fundacje.

Opowieści o krwawej, okrutnej zbójczyni Włodkowej były potrzebne klasztorowi dla przeciwdziałania zgorszeniu, jakie wywoływały fundacyjne praktyki Zebrzydowskiego.  Dzięki tym opowieściom można było usprawiedliwić przywłaszczyciela królewszczyzny, iż zabrał dla klasztoru tylko pozostałość po tak potwornej zbójczyni jak Włodkowa. W ten sposób kosztem honoru Włodkowej Skrzyńskiej, przywłaszczeni i kradzież zostały uświęcone jako pobożna fundacja.

Wiek XV obfituje w raubritterów grasujących na polskich ziemiach. W XV wieku ziemia oświęcimska była w posiadaniu króla polskiego i często padała ofiarą najazdów najemnego rozbójniczego rycerstwa. Z odważnych napadów słynął w roku 1434 Mikołaj Siestrzeniec Kornicz, który z bandą rozbójniczą z księstw cieszyńskiego i oświęcimskiego najeżdżał Słowaków. Był to prawdziwy potentat zbójnicki. Tak Polska jak i księstwa śląskie zobowiązały się wzajemnie do niedawania mu schronienia. W roku 1436 ślązak Jan Stosz wpadł do Polski i zrabował Kobuck. W okolicach Toszka operacje zbójnickie prowadził Jan Czapek, ten sam, który w roku 1440 na czele niedobitków husyckich wspomagał wyprawę Władysława Jagiellończyka po koronę węgierską. Innym raubritteren był sądecki kasztelan Krystyn z Koziegłów, który około 1450 roku wpadł do Gliwic, skąd łupił Śląsk przez kilka miesięcy. W owym czasie pojawił się również inny raubritter Jan Katowski (czyżby z Katowic?), który plądrował ziemię wieluńską.  W roku 1453 zasłynęli na Śląsku dwaj polscy „rycerze - rabusie” pochodzący z lubelskiego: Jan Szczepocki i Jan Kuropatwa. Zwłaszcza Jan Kuropatwa należał do sławniejszych „raubritterów". W r. 1430 był on wraz z Jakubem Nadobnym z Rogowa dowódcą bandy młodych szlachciców, która napadła na klasztor Jasnogórski w Częstochowie, zrabowała kielichy, krzyże, Obraz Matki Boskiej uszkodziła i odarła ze złota i klejnotów. Początkowo posądzano o ten napad husytów śląskich, a nawet z tego powodu zamyślano wydać wojnę Czechom. W Krakowie podniecony tłum mordował Czechów z zemsty za profanację świętości. Pokazało się jednak, że sprawcami napadu byli wspomniani szlachcice a także książę ruski Teodoryk. Kuropatwa i Nadobny siedzieli za te zbrodnie przez jakiś czas w wieży złodziejskiej zamku krakowskiego.

Ciekawe, że w szeregu tych polskich raubritterów spotykamy niekiedy ludzi na bynajmniej nie podrzędnych stanowiskach państwowych.

Istotnie "wojowanie stało się rzemiosłem, z którego wielu ówczesnych rycerzy polskich i śląskich stworzyło dla siebie źródło bogacenia się".

 

Opracowując projekt „Szlak Zbójników Karpackich” skorzystano z blisko 1000 źródeł dotyczących zbójnictwa karpackiego, które znajdują się tutaj. Kliknij!

 

PATRONAT NAD SZLAKIEM ZBÓJNIKÓW KARPACKICH SPRAWUJE

ŁAP-POL (Dystrybutor wędlin tradycyjnych)

oraz

FIRMA JANTOŃ S.A., Sp. K (producent win Zbójeckie Grzane)

 



"Zbójnicki Szlak" zosta3 wybrany najlepszym produktem turystycznym w najwiekszym projekcie
szkoleniowo-doradczym dla polskiej bran?y turystycznej. Projektowi patronowali:
do góry
2009-2012 © Zbójnicki Szlak Leszek M3odzianowski






POLECAMY

e-beskidy

Beskidy, noclegi, mapy,
kamery, og3oszenia, forum

karpackie-zboje

Napady ZBÓjnickie, wesela,
biesiady, kuligi, integracja

ulica-hafciana

Haft komputerowy, naszywki,
odzie? reklamowa

apter

Trekking w Alpach, Urlop
w górach, narty w Dolomitach


fundacja

Góralskie prelekcje, ZBÓjnicki questing,
towarzystwo naukowe, ZBÓjnicka biblioteka

karpacki-gazda

Przewodnik beskidzki, pilot wycieczek,
kierownik kolonii, Beskidy, —ywiec



Projekt „SZLAK ZBÓJNIKÓW KARPACKICH” FIRMY ZBÓJNICKI SZLAK LESZEK MŁODZIANOWSKI, a w szczególnoœci prezentowane koncepcje, pomysły i rozwišzania na mocy ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994 r. Dz. U. nr 24 poz. 83 stanowiš własnoœć autora. Projekt ZBÓJNICKI SZLAK ani żadna z jego częœci nie może być w żaden sposób kopiowana, powielana, dystrybuowana bez pisemnej zgody autora.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

OPRAWE FOTO/VIDEO PODCZAS ZBÓJNICKICH IMPREZ INTEGRACYJNYCH SPRAWUJE FIRMA MTUR Media + Turystyka

Zbójnickiszlak.pl Tel - (+48) 609 789 879, E-mail - info@zbojnickiszlak.pl